historia

Wampir z Zagłębia – czy skazano właściwego człowieka?

Marchwicki staje przed sądem

Śledził kobiety, zachodził od tyłu i uderzał w głowę. Potem bił, aż zabił. Mordercę okrzyknięto Wampirem z Zagłębia. W ciągu pięciu lat zaatakował 20 razy. Tylko 6 kobiet przeżyło napaść.

– Przed sądem stanął właściwy człowiek – zapewnia Józef Gurgul, prokurator, który oskarżał przed laty Marchwickiego. Gurgul gościł w Rzeszowie na zaproszenie samorządu studentów wydziału prawa i administracji UR oraz koła naukowego prawników – sekcji patologii społecznej, pod patronatem pracowni kryminalistyki UR.- To było jedno z najtrudniejszych wyzwań zawodowych, z jakimi mierzyłem się w swojej pracy. W powojennej historii Polski nie ma drugiej sprawy, w której jeden sprawca byłby autorem aż tylu zamachów na ludzkie życie! – mówi dr Józef Gurgul, prokurator, który był głównym oskarżycielem w procesie Zdzisława Marchwickiego.

Sposób działania mordercy był zawsze taki sam. Na miejsce ataku wybierał odludne miejsce. Następnie skradał się za upatrzoną ofiarą, podbiegał do niej z tyłu i uderzał w głowę. Gdy kobieta upadała, bił ją tak długo, aż zabił. Następnie bezcześcił zwłoki.

– Ciało pierwszej ofiary znaleziono 7 listopada 1964 roku. Oględziny wykazały, że morderstwo mogło mieć podłoże seksualne – wspomina Józef Gurgul, który w swojej karierze prowadził ponad tysiąc spraw o zabójstwo, w tym ponad 100 dotyczyło seryjnych morderców.

Marchwicki staje przed sądem

Nazwali go Wampirem

Kolejne zabójstwo według identycznego scenariusza popełniono w styczniu 1965 r. Trzecie – w marcu. Odstępy między kolejnymi były coraz krótsze.

Zatrzymanie mordercy, okrzykniętego „Wampirem z Zagłębia”, stało się dla policji sprawą priorytetową. Jednak szybko okazało się, że będzie to piekielnie trudne.

– Sprawca działał na terenie o powierzchni blisko 600 kilometrów kwadratowych, zamieszkałym przez 725 tys. ludzi! – Józef Gurgul pokazuje oryginalną mapę, na której przez laty zaznaczono kolejne miejsca ataków mordercy.

Sprawa otrzymała kryptonim „Anna” od imienia pierwszej ofiary. Próbowano m.in. prowokacji, by schwytać mordercę na gorącym uczynku. Milicjantki, ubrane jak zwykłe kobiety, ruszyły w teren. Nie pomogło.

W kraju, zwłaszcza na Śląsku, wybuchła panika. Kobiety bały się wychodzić wieczorami. Niektóre zakłady pracy wynajmowały autobusy, którymi odwożono pracownice do domów. Drukowano ulotki ostrzegające przed przebywaniem w ustronnych miejscach.

A zabójca dalej atakował. W 1968 r. jego ofiarą padła 18-letnia bratanica Edwarda Gierka, ówczesnego I sekretarza KW PZPR. Za pomoc w ujęciu sprawcy wyznaczono 1 mln zł nagrody.

– Jak na owe czasy była to zawrotna suma. Milicję zasypała lawina donosów. Sprawdzano każdy sygnał. Bezskutecznie – dodaje Gurgul.

Aresztowanie

Na początku 1970 roku cały zgromadzony materiał ponownie przeanalizowano. Na podstawie m.in. zeznań kobiet, które przeżyły ataki oraz ekspertyz biegłych ustalono, że sprawca musi odpowiadać określonym cechom fizycznym i psychicznym. Sporządzono ich spis, który następnie porównano z materiałami na temat mężczyzn, mieszkających na trenie działania Wampira.

– Zdzisław Marchwicki posiadał najwięcej cech przypisanych mordercy. Aresztowano go na początku 1972 r. Dokładnie po 7 latach i 2 miesiącach od pierwszego zabójstwa – opowiada oskarżyciel.

Zbieranie dowodów

Aresztowanie podejrzanego nie kończyło sprawy. Oskarżyciel musiał przed sądem udowodnić jego winę.

– Byliśmy w połowie drogi. Przede mną było zbieranie dowodów – mówi prokurator.

Sprawę komplikował fakt, że żadna z kobiet, które przeżyły napaść, nie rozpoznała Marchwickiego.
– Precyzyjnie zapamiętały jednak kilka cech szczególnych, które posiadał napastnik. Dzięki temu stworzono portret pamięciowy – opowiada Gurgul.

Jednak z kobiet zapamiętała, że mężczyzna miał czarną plamkę na nosie. Inna nie mogła zapomnieć spojrzenia mordercy, które określiła jako dzikie.

– Mówiła, że gdy się na nią rzucił, wyglądał, jakby nie miał źrenic. Badanie okulistyczne wykazało, że Marchwicki cierpiał na oczopląs poziomy. Choroba sprawiała, że gdy był zdenerwowany, widać było tylko białka oczu – mówi Gurgul.

U członków rodziny Marchwickiego znaleziono także sporo rzeczy, które należały do zabitych kobiet. Wśród nich były: charakterystyczne pióro, parasolka, obrączka z wygrawerowanymi inicjałami. W domu Marchwickiego odnaleziono także pejcz, którym zabił jedną z ofiar.

– W trakcie śledztwa Marchwicki nie przyznawał się do winy. Uczynił to dopiero podczas przesłuchania przed Sądem Najwyższym. Ponadto w trakcie przesłuchań zdradzał szczegóły, które mógł znać tylko morderca – wspomina prokurator.

Inny argument – wszystkich ataków dokonano w pobliżu miejsc, gdzie Marchwicki pracował lub miał przyjaciółki.

– Mimo szczątkowego wykształcenia, był szalenie sprytnym człowiekiem. Bardzo się kontrolował. Atakował tylko wtedy, gdy miał pewność, że nie zostanie złapany. Uderzał tam, skąd mógł szybko uciec – dodaje oskarżyciel.

Wyrok: kara śmierci

Proces Marchwickiego rozpoczął się 2 lata po aresztowaniu. Rozprawa odbywała się w nietypowym miejscu, bo w klubie fabrycznym jednego z zakładów. Aby dostać się na salę, trzeba było mieć specjalną wejściówkę.

– Pamiętam, że wśród widzów byli znani aktorzy i pisarze. Podczas całego procesu Marchwicki była bardzo spokojny.
28 lipca 1975 r. sąd skazał Marchwickiego na karę śmierci. Wyrok wykonano.

W latach 90. zaczęto spekulować, że przed sądem stanął niewinny człowiek.

– Tak może sądzić tylko ktoś, kto nie przeczytał akt lub ich nie zrozumiał – obrusza się Gurgul. I dodaje: – Spotkałem się z zarzutami, że Marchwicki stanął przed sądem, bo trzeba było skazać kogokolwiek. Gdyby tak faktycznie było, wystarczyło wykorzystać zeznania jednej z osób, które zgłaszały się na milicję i same przyznawały do wszystkich popełnionych zabójstw. Weryfikowaliśmy kilka takich zgłoszeń. W trakcie przesłuchań szybko wychodziło na jaw, że to były zwykłe kłamstwa. Tworzone z powodu choroby psychicznej, albo by zwrócić na siebie uwagę.

Jestem Mordercą (1998)

Pamiętnik zabójcy

Czekając na wykonanie wyroku Marchwicki napisał autobiografię. Prostym językiem, w którym roi się od błędów, spisał swoje makabryczne losy. Opisał dewiacje seksualne, którym się oddawał, szczegółowo popełnione zbrodnie. Także te, których mu nie zarzucano.

– Sądzę, że liczył na odroczenie wyroku w czasie. Miał nadzieję, że sprawa zacznie się od początku – przypuszcza prokurator.
Czy Marchwicki żałował zła, które wyrządził?

Józef Gurgul: – To nie był człowiek, który byłby zdolny do głębokiego przeżywania winy. Kiedyś powiedział: „zabierałem życie, to i mnie mają prawo zabrać”.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: