W wielu kulturach, by zostać uznanym za mężczyznę, trzeba było przejść specjalny rytuał inicjacyjny. Gra była warta świeczki, ale cena również nie należała do najniższych: spożywanie „męskiej esencji”, narkotyczne wizje czy karkołomne skoki, to tylko niektóre z nich. Część z nich w różnych rejonach świata jest praktykowana do dziś. Przedstawiamy sekrety męskiej inicjacji.

Skoki przez krowę

Na Krecie, by stać się mężczyzną, konieczna była krowa. Albo rząd krów. Chłopiec stawał się mężczyzną po wykonaniu dość skomplikowanych skoków ponad grzbietami specjalnie ustawionego bydła. Rytuał był swoistym testem sprawności, męskiej krzepy i koordynacji ruchowej. Dopiero po pomyślnym zaliczeniu „skoku przez krowę” młodzieniec mógł myśleć o zawarciu małżeństwa.

Podobny zwyczaj zachował się do dziś w plemieniu Hamar w Etopii. Męska inicjacja polega na przebiegnięciu nago po grzbietach stojących w rzędzie wykastrowanych byków. Nie można się potknąć, ani spaść między bydło, bo rytuał nie zostaje uznany za ważny – trzeba próbować do skutku.

Rytualny skok na „bungee”

Man jumping from a bamboo tower, Pentecost land diving, Pentecost, Vanuatu

Słowo „bungee” jest tutaj sporo na wyrost. Męski rytuał inicjacyjny z Republiki Vanuatu zakłada skok na linie z kilkudziesięciometrowej chybotliwej konstrukcji zrobionej z gałęzi. Chodzi o to, by w trakcie skoku zawisnąć w jak najmniejszej odległości od ziemi czy wręcz dotknąć głową gruntu (na ziemię ma w ten sposób spłynąć błogosławieństwo).

Skakać mogą obrzezani chłopcy w wieku 7-8 lat, ale dopiero rytuał przebyty w obecności starszyzny uznawany jest za pełnoprawne wejście w wiek męski. Skoki wykonywane są również współcześnie i są sporą atrakcją turystyczną. Nie mają jednak charakteru czysto inicjacyjnego – to po prostu kolejne potwierdzenie własnej męskości, a także sposób na zaimponowanie kobietom.

Rękawiczki z jadowitych mrówek

Ten zwyczaj jest do dziś praktykowany w niektórych miejscach Amazonii. Młodzieniec, który chce być uznany za mężczyznę zakłada specjalne „rękawice” pełne jadowitych mrówek. Następnie musi wytrzymać około 10 minut, rytualnie tańcząc pośród śpiewów i pląsów mieszkańców wioski.

Pojedyncze ukąszenie amazońskiej mrówki jest 10 razy bardziej bolesne od ukąszenia osy, jednak najgorsza faza zaczyna się kilkadziesiąt minut później, już po zdjęciu „mrówczych rękawiczek”. Nieznośny ból przybiera na sile i obejmuje całe ciało, powodując konwulsje i stany utraty świadomości. Może utrzymywać się nawet 24 godziny, ale kto przetrwa rytuał – staje się mężczyzną.

Narkotyczna amnezja

Rytuał inicjacyjny plemion Algonkinów znad rzeki Ottawy na terenie dzisiejszej Kanady i USA można uznać za igranie ze śmiercią. Chłopca, którego starszyzna plemienna uznała za godnego wejścia w wiek męski, wyprowadzano na pustkowie i zamykano w klatce. Następnie młodemu adeptowi podawano narkotyk o nazwie wysoccan – silnie toksyczną mieszankę halucynogennych ziół. Szacuje się, że jej moc jest 100 razy większa od LSD. Wszystko po to, by chłopiec stracił pamięć o swoim wcześniejszym życiu i narodził się jako męska „tabula rasa”. Jeśli po rytuale (mógł trwać nawet 20 dni) okazywało się, że młodzieniec dalej pamiętał szczegóły ze swojego dzieciństwa, procedurę powtarzano aż do całkowitej amnezji. Niektóre ofiary traciły nawet umiejętność mowy.

Subincyzja czyli męska wagina

Subincyzja to jeden z elementów skomplikowanej i różnorodnej inicjacji, jaką przechodzili chłopcy z plemion Aborygenów. Obrzezanie to przy tym pestka – tym bardziej, jeśli wykonuje się je w warunkach sterylnych i kilka dni po narodzeniu. Subincyzja polega na przecięciu członka od nasady do cewki moczowej tak, że powstaje swego rodzaju otwór, który wizualnie przypomina… waginę. Chodzi o to, by jaźń inicjowanego chłopca osiągnęła pełnię i przeszła w dorosłość, łącząc się ze swoim żeńskim pierwiastkiem. Operację przeprowadzało się bez żadnego znieczulenia, nie wliczając fizycznego wyczerpania i transu, w którego wprowadzono adepta.

Autokanibalizm i krwiste kąpiele

Kolejny rytuał inicjacyjny aborygeńskich chłopców. Starsi mężczyźni zabierają adepta na pustkowie, gdzie wycinają mu napletek. Chłopiec jest zazwyczaj zamroczony rytualną muzyką, kilkudniowym lub kilkutygodniowym postem, milczeniem itp., ma zamknięte oczy. Inicjatorzy proponują mu zjedzenie kawałka osmalonego nad płomieniem mięsa, które jest w istocie… własnym napletkiem penitenta. Po takim poczęstunku ekipa wraca do wioski, a dojrzali mężczyźni otwierają sobie żyły na przedramieniu i kolejno oblewają adepta tryskającą krwią, czasami wlewając mu ją do ust. Krew wojowników uznawano za źródło siły, odwagi i męskiej witalności.

Krew to czasami za mało – z takiego założenia wychodzili przedstawiciele plemienia Sambia z Papui-Nowej Gwinei. Sambijska tradycja nakazywała, że by stać się mężczyzną, chłopiec musiał m. in. wypić nasienię. „Dawcami” byli doświadczeni wojownicy, często krewni, czasami rytuał zakładał pozyskanie „męskiego mleka” przez adepta poprzez seks oralny z dojrzałym, ale nieżonatym mężczyzną w wieku 13-21 lat. Papuasi uważali, że dopóki chłopiec nie skosztuje męskiego nasienia, jego organizm nie jest w stanie sam go produkować, a zatem jest niepłodny. Sperma dojrzałego mężczyzny musiała dostać się do wnętrza młodego adepta – w ten sposób zostawał obdarowywany wiedzą i męskością.

Polowania, uczty i seks

Podobnie myślano w starożytnej Grecji. Sposób na wstrzyknięcie w aspirującego do stania się mężczyzną chłopca dawki wiedzy i dojrzałości był jednak nieco inny – chodziło po prostu o seks analny z mężczyzną wtajemniczającym. Mentor zabierał wybranego młodzieńca na kilkumiesięczny pobyt w lesie. Czas wolny wypełniały im polowania oraz uczty, a następnie dochodziło do zrytualizowania „porwania” chłopaka przez opiekuna inicjacji. Na Krecie po powrocie z takiej eskapady na znak stania się mężczyzną młodzieniec otrzymywał strój wojownika, topór, woła i puchar, mógł także uczestniczyć we wspólnych ucztach mężczyzn na równych prawach.

Dodaj komentarz