W życiu zdarzają się takie momenty, kiedy zostajemy postawieni w sytuacji bez wyjścia. Wielu z tym się pogodzi, jednak znajdzie się zawsze ktoś, dla kogo zawsze jest jakieś wyjście, nawet gdyby okupione ono było ciężką pracą, bólem i wyjątkowym poświęceniem. Oto kilka takich osób.

Czarnoskóry w pudełku!

Można by powiedzieć, że Henry przyszedł na świat w kajdanach – urodzony w 1816 roku w Virginii dzieciak był synem czarnoskórych niewolników i przez pierwsze 33 lata nie wiedział co to wolność. W miejscu, w którym pracował poznał miłość swojego życia i dorobił się dzieci. Niestety, biały właściciel darmowej siły roboczej nie miał oporów przed ubiciem interesu z innym „biznesmenem” i sprzedał zarówno żonę, jak i dzieci Browna. Zrozpaczony Henry postanowił uciec z niewoli.

Problem w tym, że w tamtych czasach czarnoskóry człowiek odziany w szmaty, wałęsający się po południowych stanach USA raczej dość szybko skończyłby w siatce, a następnie zostałby odesłany do swojego wściekłego właściciela. Henry miał jednak plan. Zaczął od wylania sobie na rękę kwasu siarkowego, który wyżarł mu skórę niemalże do kości. Dzięki temu dostał dzień wolnego z pracy. W tym czasie jego przyjaciel zbił z desek skrzynkę o wymiarach 100 cm szerokości i  60 cm wysokości. Brown wydał połowę swoich oszczędności na wysłanie paczki do Filadelfii. Konkretnie do siedziby Towarzystwa Antyniewolniczego. Mimo że Henry wyraźnie napisał na jednej ze ścian paczki „Góra”, najwyraźniej jakość usług ówczesnych kurierów niewiele różniła się od tego, co z paczkami robią pracownicy Poczty Polskiej – z 27 godzin, które Brown spędził upchnięty w skrzynce, dużą część musiał tkwić z głową w dole.

Skrzynka z niewolnikiem jechała wozem, następnie przerzucono ją do kolejowego wagonu, parowej łodzi, znów do wozu, kolejny raz do wagonu, na pokład promu, jeszcze raz do wagonu i na koniec ostatni raz do wozu, który dostarczył przesyłkę do odbiorcy. Kiedy przedstawiciele towarzystwa otworzyli skrzynkę, ich oczom ukazał się mocno powykręcany Henry, który przywitał ich słowami „Jak się macie dżentelmeni?”.

Brown został jednym z najważniejszych mówców Towarzystwa Antyniewolniczego i organizatorem ucieczek innych niewolników. Z czasem odkrył też inne powołanie – został hipnotyzerem i magiem. Drugi raz wziął też ślub – tym razem z białą Brytyjką.

Uciec z Alcatraz

Kiedy w 1934 roku oddane do użytku zostało położone na wyspie koło San Francisco więzienie Alcatraz, wszyscy już wiedzieli, że jest to najlepiej strzeżony zakład karny na świecie – taki, z którego uciec po prostu się nie da. Mimo to więźniowie podjęli aż 14 prób wydostania się poza jego mury.

W większość przypadków – bezskutecznie. Jedną z najbardziej spektakularnych ucieczek była ta z 1962 roku. John Anglin, Frank Morris oraz bracia Clarence przez sześć miesięcy wydrapywali dziury wokół szybów powietrznych w swoich celach. Do tego celu używali łyżeczek, obcinaczy do paznokci czy prymitywnych, skonstruowanych przez siebie wiertełek. Zawsze po zakończeniu pracy więźniowie wypełniali ubytki w ścianie za pomocą papki z mokrych gazet. 11 czerwca wszyscy panowie dali dyla – kiedy opuścili więzienie czekała ich jeszcze dwukilometrowa, wodna przeprawa do San Francisco. Uciekinierzy skorzystali z prymitywnej tratwy zbudowanej z beczek, siatek i starych płaszczy.

Następnego dnia rano strażnicy ze zdumieniem zobaczyli, że na pryczach nie śpią więźniowie, tylko udające ich „kukły”, wykonane ze zwiniętych szmat i wszystkiego, co uciekinierom wpadło w ręce. Zbiegów nie odnaleziono ani na wyspie, ani w wodach otaczających więzienie. Nie wiadomo, czy udało się im pokonać dystans dzielący wyspę od brzegów San Francisco – być może ich środek transportu nie wytrzymał zderzenia z jedną ze skał i śmiałkowie utonęli. Tak czy inaczej – ciał nigdy nie odnaleziono.

Jak przekroczyć berliński mur?

Przez 26 lat wielu mieszkańców wschodnich Niemiec decydowało się na przeprawę przez „żelazną kurtynę” nierzadko wzmocnioną betonem, drutami kolczastymi i minami lądowymi. Trudno się dziwić, że wiele ucieczek kończyło się dla śmiałków dość tragicznie.

O wiele bezpieczniejszą metodą było ukrycie się w jednej z ciężarówek przekraczających granicę. Jednak i tu nie było zbyt łatwo – celnicy doskonale wiedzieli, gdzie w samochodach znajdą się miejsca, w których najczęściej znaleźć można zdesperowanych „turystów”. Pewien „przemytnik” –  Horst Breistoffer – zdając sobie sprawę, że największe podejrzenia zawsze budzą duże auta i ciężarówki, kupił sobie takie cudo:

To włoska Isetta z 1964 roku – trójkołowe, pocieszne gówienko porównywalne gabarytami do współczesnego Smarta. Horst przez dwa miesiące modyfikował samochód w taki sposób, aby dało się upchnąć w nim jednego uciekiniera. W końcu udało się – zbiegowie chowali się w miejscu, w którym wcześniej był system chłodzenia i akumulator. W ten sposób przetransportował przez granicę aż dziewięć osób. Za dziesiątym razem celnicy zaczęli coś podejrzewać i zdecydowawszy się autko przeszukać, znaleźli w nim skompresowanego Niemca ze wschodu („Helmut.rar”).

Mistrz ucieczki i prawnych kruczków

Pochodzący z Wielkiej Brytanii Alfred John Hinds to prawdziwy Houdini wśród więziennych uciekinierów. Jego ojciec był złodziejaszkiem, który pechowo wyzionął ducha podczas wymierzania mu kary dziesięciu batów za napaść z bronią w ręku. Małoletni Alfred trafił do sierocińca. I tu po raz pierwszy dał o sobie znać jego talent do ucieczek – mając siedem lat, chłopiec dał dyla z przytułku. Niestety, znacznie słabiej radził on sobie z kradzieżami – Hinds został złapany na gorącym uczynku i trafił do poprawczaka… z którego oczywiście też zwiał. Tymczasem wybuchła II Wojna Światowa i Alfred powołany został do wojska. Nie było mu to za bardzo na rękę, bo w dalszym ciągu marzył o karierze przestępczej. Zdezerterował więc i nie ucząc się z wcześniejszego doświadczenia, zakasał rękawy szykując się do skoku idealnego. I tym razem wpadł. Jako że był już pełnoletni, Alfred trafił do pierdla na 12 lat. Tym razem Hinds pokonać musiał kilka stalowych drzwi i sześciometrowy mur więzienia w Nottingham. Na wolności Alfred nie kontynuował już rozwijania swojej wymarzonej ścieżki kariery i podjął pracę w charakterze budowniczego i dekoratora. Zlecenia miał w całej Europie i nawet nieźle mu się wiodło. Do momentu, kiedy na jego ślad trafił Scotland Yard. W międzyczasie uciekinier podszkolił się ze znajomości brytyjskiego prawa i niedługo po trafieniu za kratki pozwał władze więzienia za nielegalne aresztowanie.

To był tylko pretekst do ucieczki. Ktoś przeszmuglował na salę rozpraw kłódkę. Hinds poprosił o przerwę na skorzystanie z toalety. Kiedy zdjęto mu kajdanki, wepchnął do kabiny pilnujących go strażników i zamknął ich w środku używając kłódki. Parę chwil później przestępca rozpłynął się gdzieś w tłumie osób przechodzących koło gmachu sądu. Niestety – tym razem Alfred krótko cieszył się wolnością – złapano go na lotnisku pięć godzin po ucieczce. Oczywiście w wiezieniu Chelsford również długo nie zabawił. Jak można było się spodziewać – dość szybko się stamtąd ulotnił.

Zmieniwszy nazwisko, podjął się pracy jako dealer używanych samochodów w Irlandii. Przez dwa lata miał spokój, zanim po raz kolejny agenci Scotland Yardu natrafili na jego ślad.

Od tego czasu Aflred zaczął walczyć z brytyjskim parlamentem o złagodzenie kary. Powoływał się na lukę w prawie, na podstawie której ucieczki z więzienia nie można było traktować jako wykroczenia… Oprócz tego sprzedał swoją historię tabloidowi „News of the World” za okrągłe 40 tysięcy dolarów. Podczas swej odsiadki utarł też nosa pracownikowi Scotland Yardu, który wcześniej nie tylko pojmał Hindsa, ale i opublikował serię artykułów krytykujących alfredowe sugestie o swojej niewinności. Więzienny Houdini pozwał go i sprawę wygrał. Upokorzony oficer musiał wypłacić mu 798 funtów… Po opuszczeniu więzienia (tym razem zrobił to całkiem legalnie) Alfred wstąpił do Mensy. A, no i warto też wspomnieć o tym, że raz padł ofiarą porywaczy. Skoro jednak kilkakrotnie dał nogę z pilnie strzeżonych więzień, to sforsowanie zamka w drzwiach od piwnicy oczywiście nie stanowiło dla niego absolutnie żadnego problemu. 

Auschwitz, czyli tam i z powrotem

Kim trzeba być, aby najpierw dobrowolnie do niewoli się dostać, a następnie uwolnić się z niej? I nie mówimy tu o więzieniu, ale o jednym z najstraszliwszych obozów zagłady! Czegoś takiego dokonał Witold Pilecki – szef sztabu (później został głównym inspektorem) Tajnej Armii Polskiej. To on był autorem szalonego pomysłu dostania się do obozu koncentracyjnego, zdobycia informacji o jego funkcjonowaniu i zorganizowania wewnątrz ruchu oporu.

Najpierw jednak musiał zmienić tożsamość. Odtąd był Tomaszem Serafińskim – polskim żołnierzem. Kiedy tylko nadarzyła się okazja, Pilecki wmieszał się w tłum podczas łapanki i trafił do niewoli. Można powiedzieć, że „miał szczęście”, bo zgodnie z planem trafił do Auschwitz. Teraz już nie był Tomaszem Serafińskim, ale więźniem o numerze 4859.

W Oświęcimiu Pilecki spędził prawie trzy lata, podczas których stworzył w obozie konspiracyjną organizację i regularnie składał raporty, które potajemnie wysyłane były do siedziby Tajnej Armii Polskiej w Warszawie.
Jedną z akcji, które przeprowadził Pilecki wraz ze swymi ludźmi było wyhodowanie wszy zarażonych tyfusem. Miła być to broń biologiczna służąca do likwidowania szczególnie upierdliwych kapo i obozowych strażników.
Więzień nr 4859 był też organizatorem efektownych ucieczek z obozu.

Skoro mowa o ucieczkach, to trzeba tu wspomnieć o jednej z najbardziej szalonych akcji w historii II Wojny Światowej. W 1942 roku jeden z więźniów, biegle mówiący po niemiecku Kazimierz Piechowski wraz trzema towarzyszami sforsowali drzwi do magazynu z niemieckimi mundurami, a następnie ukradli samochód samego Rudolfa Hoessa, którym najzwyczajniej w świecie przekroczyli bramy Auschwitz…
Zresztą równie ciekawa była i sama ewakuacja Witolda Pileckiego, który dopiero na początku 1943 roku stwierdził, że czuje się już zmęczony i czas misję kończyć. Dostał on pracę w piekarni położonej 2 km od obozu. Idealnym momentem do ucieczki była Wielkanoc, kiedy to Niemcy trochę mniej przykładali wagę do swoich obowiązków. Pilecki wraz z dwoma towarzyszami przerwali kable od alarmu i opuściwszy piekarnię tylnymi drzwiami zabarykadowali je od zewnątrz, uniemożliwiając SS-manom szybkie wydostanie się z budynku. Ucieczka trwała całe sześć dni, podczas których trójka zbiegów została m.in. ostrzelana przez wrogi patrol (Pilecki został wówczas lekko ranny w rękę). Byłym więźniom Oświęcimia udało się dostać do Krakowa. Stamtąd Witold Pilecki wrócił do stolicy, gdzie wkrótce awansowano go do stopnia rotmistrza.

Później brał udział w Powstaniu Warszawskim jako członek Armii Krajowej, a także walczył we Włoszech. Niestety, historia tego bohatera nie skończyła się dobrze – po wojnie rotmistrz trafił do niewoli. Prorosyjskie władze usiłowały torturami wydobyć od niego informacje na temat jego antykomunistycznej działalności – Pilecki odpowiedzialny był m.in. za przekazywanie londyńskiemu rządowi doniesień na temat zbrodni, których dopuszczali się żołnierze Armii Czerwonej. Ostatecznie skazany został na śmierć – zginął od strzału w tył głowy w 1948 roku.

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.