Z każdej strony otaczają nas historie, które po dziś dzień pozostają niewytłumaczone. Oto jedna z nich – tajemnicza historia wydarzeń z przełęczy Diatłowa.

Grupa 10 studentów zdecydowała się na wyprawę w góry Ural, której celem było zdobycie szczytu górskiego Otorten. Każdy z nich niejednokrotnie już uczestniczył w takiej przygodzie i dysponował wymaganym doświadczeniem aby wygrać walkę z niesamowicie trudnymi warunkami oraz z samym szczytem.

25 stycznia 1959 r. ekipa złożona z 8 mężczyzn i 2 kobiet pod przewodnictwem doświadczonego przewodnika Aleksandra Zołotariowa wyruszyła w podróż. Jako że byli biegli w takich wyprawach, postanowili obrać szlak kategorii trzeciej, kwalifikujący się jako najtrudniejszy.

Pod wieczór 25 stycznia wyprawa dotarła do miasta Iwdiel, skąd następnego dnia zostali przetransportowani do najdalej wysuniętej miejscowości na północ – miasteczka Wiżaj.

27 stycznia niezłomna drużyna podjęła swoje pierwsze kroki w kierunki góry Otorten. Niestety następnego dnia jeden z uczestników ekspedycji zachorował, przez co był zmuszony zawrócić.
Jak się później okazało, dzięki temu jako jedyny zachował swoje życie.

31 stycznia już 9-osobowa grupa dotarła na krawędź piętra wysokogórskiego, gdzie zbudowali mały spichlerz, w którym zostawili część prowiantu na drogę powrotną.

Wieczorem 1 lutego dotarli na zbocze góry Chołatczachl. Nazwa oznacza „Martwa góra”, została nazwana tak z powodu braku lasów, a co za tym idzie braku jakiejkolwiek zwierzyny.
Plan wyprawy zakładał ominięcie tej okolicy i przejście przez pobliską przełęcz, jednak z uwagi na bardzo niekorzystną pogodę uczestnicy musieli nieco zmienić trasę.

Jak się później okazało, podjęli tragiczną w skutkach decyzję. Kiedy długo po umówionym dniu powrotu ekspedycji nie odebrano od nich żadnej wiadomości, Uralski instytut Politechniczny postanowił rozpocząć akcję ratunkową.

26 lutego znaleziony został jeden z namiotów tragicznej wyprawy. Był on poważnie uszkodzony, a jego powierzchnia rozcięta od wewnątrz. Od namiotu w stronę odległych drzew prowadziły ślady stóp, jednak na niewiele się zdały, gdyż większa ich część została przysypana przez śnieg.

Gdy ratownicy podjęli trop, natrafili na szczątki wypalonego ogniska oraz ciała dwóch uczestników wyprawy ubrane jedynie w bieliznę. Podczas powrotu w rejon namiotu odnaleźli kolejne 3 ciała. Wg biegłych w tej sprawie, próbowali oni wrócić z powrotem do poprzedniego schronienia. Niestety nigdy im się to nie udało. Jak później stwierdzono, wszystkie 5 osób zamarzło na śmierć.

W kolejnych etapach poszukiwań zostały odnalezione pozostałe 4 ciała. Tym razem jednak nie było mowy o śmierci z zimna….

Strzaskane czaszki, zmiażdżone klatki piersiowe – jak później określono z siłą uderzenia samochodu – oraz połamane kończyny. Ponadto u jednej z uczestniczek brakowało języka oraz części twarzy.

Jakby tego było mało, uczestnicy innej ekspedycji oddalonej o 50 km opowiadali, że tej pechowej nocy widzieli dziwne pomarańczowe światła latające po niebie. Z kolei ciała odnalezione przez ekspedycję ratunkową charakteryzowały się wysokim napromieniowaniem oraz niewyjaśnionym pomarańczowym kolorem.

Do dziś nie udało się w żaden logiczny sposób wyjaśnić, co zaszło tamtej nocy w Przełęczy Diatłowa. Sprawa oficjalnie widnieje pod znakiem zapytania ze statusem „niewyjaśnione”.
Dlaczego tak doświadczeni członkowie ekspedycji opuścili swoje schronienia tak lekko ubrani?
Dlaczego namiot był rozcięty od środka, jakby przed czymś uciekali w pośpiechu?
Dlaczego się rozdzielili? A przede wszystkim: co było przyczyną tych okropnych obrażeń na ich ciałach?

Możemy jedynie wymyślać historie, które pomogą nam zrozumieć co stało się tej felernej nocy, niestety prawdopodobnie nigdy już nie poznamy odpowiedzi na nurtujące nas pytania…

Leave a Reply

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.